czwartek, 29 maja 2014

5.



    Ciężkie kroki odbijały się echem w głowie Elizy. Obudziła się wystraszona po czym usiadła na łóżku podkulając nogi pod brodę. W głowie jej szumiało, a pokój zaczął obracać się jak karuzela. W ciemności dziewczyna dostrzegła zarys postaci, która z każdą chwilą robiła się coraz wyższa i szersza, a ona stawała się mniejsza i bezbronna. Kiedy z ciemności wyłonił się wysoki mężczyzna, Eliza nadal nie była w stanie rozpoznać, kim jest. Zbliżał się do jej łóżka i wyciągał w jej stronę ręce. Na prawym przedramieniu zalśnił tatuaż. Dziewczyna skuliła się jeszcze bardziej. Wiedziała już, kim jest ten człowiek. Kiedy światło księżyca całkowicie rozjaśniło pokój jej oczom ukazała się twarz mężczyzny. Z szerokim uśmiechem na twarzy nachylił się nad nią i wyciągnął do niej ręce. Eliza chciała uciec, ale nie miała gdzie. Znalazła się w pułapce. Oprawca chwycił ją za szyję i coraz mocniej zaciskał dłonie. Dziewczyna szarpała się i wiła jak wąż. Brakowało jej powietrza, mężczyzna ściskał jej szyje coraz mocniej. Zaczęła się dusić. Czuła jak robi się jej ciemno przed oczami. Czuła, że umiera, a ostatnie, co usłyszała to głośny zachrypnięty śmiech mężczyzny.    
   
   Eliza obudziła się zlana potem. Usiadła na łóżku i rozejrzała się po pokoju. Nikogo nie było. Przyłożyła drżącą rękę do swojej piersi. Czuła jak jej serce szybko i mocno bije. Wzięła kilka głębokich oddechów. Mogłaby przysiąc, że czuła na sobie czyjeś dłonie. Przełknęła głośno ślinę.
   -To tylko zły sen Eliza, to tylko zły sen – powtarzała na głos, bo tylko tak była w stanie w to uwierzyć. Od kilku dni jej sen zmieniał się w taki sam koszmar. Zasypiała z myślą, że którejś nocy może się on urzeczywistnić i mężczyzna, który ją przetrzymuje po prostu przyjdzie w nocy, tak jak to zrobił kilka dni temu, tylko, że tym razem ją zabiję. Kiedy jej oddech się wyrównał a serce biło już normalnym tempem, dziewczyna położyła się i próbowała ponownie zasnąć. Niestety myśl, że on jest gdzieś tam nie dawała jej spokoju. Jak mogła spokojnie spać, kiedy człowiek, który bez skrupułów zastrzelił jej sąsiada być może śpi za ścianą, albo, co gorsze tylko czeka na odpowiedni moment, aby wpakować jej kulkę w głowę. Jak mogła w ogóle liczyć, że pozwolą jej żyć, skoro widziała jak popełniają przestępstwo. Mogłaby błagać na kolanach i przysiąc na wszystko, że jeśli ją wypuszczą to nikomu nie powie, ale przecież nie są idiotami, prawda? Dlaczego mieliby jej zaufać?
   Eliza oderwała się od ponurych myśli i wizji swojej przyszłości, dopiero wtedy, kiedy do pokoju wdarły się ostre promienie słońca. Dziewczyna wiedziała już, że nadal znajduję się w Warszawie. Dowiedziała się już w dniu, w którym się ocknęła. Stała wtedy parę godzin w oknie i wpatrywała się w miasto ciągnące się aż po horyzont. Próbowała oczywiście otworzyć okno i wołać o pomoc, ale było zamknięte na klucz.
Wolnym krokiem podeszła do lustra. Przyłożyła chłodną dłoń do policzka. Nie był już spuchnięty ani obolały, z dnia na dzień robił się bardziej kolorowy. Był bordowy, siny, nawet prawie czarny, a teraz zrobił się żółtawy. Dziewczyna długi czas wpatrywała się w swoje odbicie. Widziała w nim przerażone spojrzenie, podpuchnięte od płaczu oczy, długie poplątane włosy, spierzchnięte wargi. Poczuła nagle ogromną tęsknotę za domem. Nie za tym, w którym się wychowała, lecz za tym, którego nigdy nie miała. Za kochającą matką, opiekuńczym ojcem, nawet za siostrą, którą zawsze pragnęła mieć, mimo, że w domu dziecka miała ich aż nadto. Za wspólnymi obiadami, niedzielnymi wycieczkami rowerowymi po Warszawskich parkach, za problemami, z którymi mogłaby się zwrócić do rodziców. Tęskniła za tym, czego nigdy nie miała i mieć już nie będzie. Nie założy nawet własnej rodziny. Nie urodzi mężowi upragnionego syna, nie będzie go tulić na dobranoc, nie będzie się żegnać z mężem przed wyjściem do pracy. Nie będzie miała nic. Po prostu umrze i nikt za nią nie zapłacze. Nikt, bo była całkiem sama na świecie. Z jej ust wyrwało się ciche westchnienie przepełnione bólem.
   -Wracam do domu… - wyszeptała, po czym zaczęła śpiewać drżącym głosem:

Wracam do domu, od tylu lat
Wciąż po kryjomu, przed wschodem dnia
Wiem, że czekałeś, aż powiem tak
Wracam do domu, ostatni raz.

   Eliza pociągnęła nosem i otarła dłonią spływające po policzkach łzy. Usiadła na łóżku i podkuliła nogi pod brodę. Objęła je ramionami i kontynuowała piosenkę:

Wszystko, co mam, co dał mi świat
Noszę w sobie, by kiedyś Ci dać
Choć mówią, że, nie mamy szans
Ciągle wierze, że jeszcze jest czas
I chcę, razem z Toba zakończyć ten dzień
Ten jeden dzień

Wracam do domu, wiem, że już czas
Poczuć chcę znów, smak tamtych lat
Było tak wiele, radości w nas
Wracam do domu, lepiej jest tam*

  Nie dokończyła. Głos jej się załamał i nie była w stanie wydusić ani słowa więcej. Znała tą piosenkę na pamięć, śpiewała ją zawsze, gdy było jej źle, gdy potrzebowała pocieszenia. Teraz nikt nie mógł jej pocieszyć. Była tu całkiem sama.

.

   Drżący, cienki głos zza drzwi sparaliżował Dominika na całym ciele. Miał właśnie dzwonić do nowego klienta, kiedy usłyszał cichy, zapłakany głos dziewczyny, która nuciła ciągając, co chwile nosem. Nie chodziło tu o nią. Nie było mu jej żal. Chodziło o piosenkę, którą śpiewała. Piosenkę, którą nuciła mu matka przed snem. Obraz wysokiej i smukłej kobiety nachylającej się nad jego łóżkiem pojawił się równo z pierwszymi słowami piosenki, które usłyszał. Nie myślał o niej od śmierci ojca. W ogóle mało, kiedy zdarzało mu się o niej myśleć. Pamiętał ją jak przez mgłę. Zmarła, kiedy miał osiem lat. Ale teraz, kiedy usłyszał swoją kołysankę z dzieciństwa, obraz matki był tak wyraźny jakby stała obok niego. Poczuł się znów jak mały chłopiec. Bez zmartwień, problemów. Czuł się wolny, ale jego serce mimo to, było twarde i zimne jak lód. Nawet tak głęboko zakorzenione wspomnienie, które dzięki kilku wersom piosenki, wróciło do niego jak burza nie zdołało stopić lodu z jego serca, które kiedyś było pełne miłości i współczucia.
  Kiedy za drzwiami słychać było tylko cichy płacz, Dominik zaczął wracać do teraźniejszości. Przez krótką chwilę miał ochotę wejść do pokoju i poprosić, aby śpiewała dalej. Chciał znów zobaczyć matkę, która przed chwilą rozpłynęła się w powietrzu. Zrezygnował. Miał inne sprawy na głowie. Jego matka nie żyła i nic tego nie zmieni a na pewno nie jakaś piosenka.
   Przetarł dłonią oczy i ruszył w kierunku swojego gabinetu. Z szuflady wyjął walthera P-99 i szybko wsuną do kabury. Połączył się z Maxem.
   -Tak szefie?
   -Jestem gotowy, możesz przyprowadzić samochód.
   -Już się robi.
   Dominik zamknął na klucz gabinet i ruszył w stronę drzwi. Zatrzymał się na chwilę i przywołał do siebie jednego z ochroniarzy.
   -Macie jej pilnować i ani mi się waż jej tknąć. Jeśli coś jej się stanie sam wpakuje Ci kulkę w głowę jasne?
   -Szefie daj spokój moglibyśmy się z nią trochę zabawić, niezła z niej suka – wysoki, lecz za chudy jak na gangstera chłopak zaśmiał się gardłowo i założył ręce na piersi.
   -Kurwa, czy nie wyrażam się jasno? – Złapał go za koszulkę i przycisnął do ściany. Szybkim ruchem wyjął pistolet i przystawił mu lufę do czoła. – Jeśli ją dotkniesz Kamil, Ty albo Kuba nie będę się długo zastanawiał. Zapoznacie się bliżej z moim kolegą waltherem a raczej z jego kulką. – Puścił go i poklepał go po policzku. Chłopak przełknął głośno ślinę i cicho przytaknął. Dominik wyszedł z mieszkania z hukiem zatrzaskując drzwi. Jego ludzie potrafili go szybko doprowadzić do furii. Co ten gówniarz sobie wyobrażał?  Nie cierpiał jak ktoś lekceważy jego rozkazy, a jeśli ktoś już to zrobi ma poważne kłopoty.
   Zdenerwowany wbiegł na parking. Max czekał już przy samochodzie. Pozostałych dwóch gangsterów siedziało w drugim samochodzie. Dominik bez słowa minął przyjaciela i wsiadł do samochodu. Po chwili blondyn usiadł za kierownicą i z piskiem opon ruszył z miejsca.
   -Co jest? – Max zawsze wiedział, kiedy jego przyjaciel ma problem.
   -Nic – rzucił oschle i nerwowo poprawił się na siedzeniu pasażera.
  -Przecież widzę, nie wciskaj mi kitu. Martwisz się dzisiejszą transakcją?
   -Odrobinę. Queen of freedom jest nowym środkiem w kraju. Nie wiem czy będzie opłacalny. A nie ma, co ukrywać, cholerstwo jest drogie.
   -Damy radę. Rozmawiałem już z kilkoma klientami, bardzo chętnie spróbują nowego towaru. Te dziesięć tysięcy tabletek sprzeda się migiem i nawet się nie obejrzysz a będziesz zamawiał następną dostawę. Miejmy nadzieje, że dostawcy nie robią nas w chuja. – Dominik nie odpowiedział. Chciał wierzyć, że to, co mówi Max się sprawdzi, ale jednak coś nie dawało mu spokoju. Oddalili się już parę kilometrów od Warszawy i powoli zbliżali się do opuszczonych magazynów gdzie umówili się z dostawcą.
   Kiedy wjechali na plac, między halami stał już czarny samochód. Wysiadło z niego czterech mężczyzn. Dominik spojrzał na Maxa, który kiwnął głową i wysiadł, jako pierwszy. Dołączyli do niego pozostali dwaj gangsterzy. Dominik jeszcze przez chwile obserwował swoich ludzi, po czym również wysiadł. Kiedy zbliżyli się do mężczyzn z samochodu wysiadła kobieta. Dominik zatrzymał się gwałtownie i zmierzył ją wzrokiem. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy do długie i prawie nagie nogi kobiety. Obcisła skórzana sukienka opinała się na jej krągłościach, a kiedy jego wzrok spoczął na dużych piersiach aż otworzył usta. Zacisnął dłonie w pięści i z żalem przeniósł wzrok wyżej. Krótkie blond włosy ledwo dotykały ramion. Czerwone duże usta wygięte były w lekkim uśmiechu. Przyjrzał się dokładnie jej twarzy. Mocno widoczne kości policzkowe dodawały jej tylko uroku, zgrabny nos i duże niebieskie oczy. Była zjawiskowa. Dominik był tak w nią wpatrzony, że całkiem zapomniał, po co tu jest. Dopiero, kiedy Max trącił go łokciem, oderwał od niej wzrok. Jednak nie na długo. Kobieta podeszła do niego wyciągając rękę. Zacisnął mocno zęby widząc jak jej piersi delikatnie falują pod wpływem kroków.
   -Sandra Walczak – przedstawiła się melodyjnym głosem. Dominik jak w transie ujął i delikatnie pocałował jej dłoń.
   -Dominik Guzowski – odpowiedział przełykając głośno ślinę.
  -Przejdźmy może od razu do interesów Dominiku – uśmiechnęła się delikatnie. Podobało mu się, w jaki sposób wypowiada jego imię. Cała mu się podobała. Jego ciało też się z tym zgadzało. Czuł jak cały sztywnieje.
   -Tak, oczywiście – odpowiedział również z uśmiechem. Sandra kiwnęła na swoich ludzi, którzy chwilę później przynieśli dwie walizki. Kobieta wzięła jedną z nich i otworzyła. Dominik ujrzał jasnozielone małe pigułki szczelnie zapakowane w foliowe woreczki.
  -Chcesz przetestować? Zaczynają działać po kilki minutach.
  -Dziękuję, ale mam od tego ludzi. Janek czy mógłbyś? – Zwrócił się do jednego ze swoich ludzi. Mężczyzna bez zastanowienia podszedł i po chwili zażył zieloną tabletkę.
Dominik przyglądał mu się badawczo. Na początku Janek zaczął się delikatnie uśmiechać, po chwili dostrzegł u niego lekko powiększone źrenice.
  -Kurwa szefie, to jest… kurwa wszystko jest takie zajebiste! - Dominik zaśmiał się cicho. Narkotyk działa, więc wszystko jest w porządku. Posłał Maxa po pieniądze. Tym razem Dominik wziął walizkę i otworzył ją przed kobietą.
   -Pięćset tysięcy, chcesz przeliczyć?
 -Wierzę, że jesteś uczciwym człowiekiem Dominiku. – Kiedy przejmowała od niego walizkę delikatnie dotknęła jego dłoni.  Max i drugi mężczyzna wzięli dwie walizki i zanieśli je do samochodu po drodze prowadząc roześmianego Janka.
   -Sandro?
   -Tak?
  -Może miałabyś ochotę hmm uczcić dobrą transakcję? –Spytał lekko zmieszany. Jednak, kiedy kobieta uśmiechnęła się szeroko trochę się rozluźnił.
  -Z przyjemnością – położyła mu dłoń na ramieniu - O której po mnie przyjedziesz? – Zapytała zalotnie.
  -Dwudziesta?
  -Świetnie, później wyślę Ci adres. Do zobaczenia – Puściła mu oczko i odeszłam. Dominik patrzył jak zgrabnie się porusza.
  -Dzisiaj się zabawimy – powiedział sam do siebie i wsiadł do samochodu.


   Parę minut przed ósmą Dominik stał już przed nowoczesnym apartamentowcem.  Chwilę później wyszła z niego Sandra ubrana w czerwoną sukienkę i wysokie czarne szpilki.
  -Mmm wyglądasz niesamowicie – powiedział Dominik, otworzył jej drzwi do limuzyny, którą wypożyczył na dzisiejszy wieczór. Chciał spędzić z nią wieczór sam na sam, więc postanowił, że będą jeździć po Warszawie całą noc.
   -Dziękuje.
   -Czego się napijesz? –spytał otwierając barek.
  -Zaskocz mnie dżentelmenie – uśmiechnęła się zalotnie i przygryzła dolną wargę. Dominik czuł jak robi mu się gorąco. Nalał dwa kieliszki szampana Krug Rose.
   -Za interesy – Sandra uniosła kieliszek i delikatnie stuknęła nim o kieliszek Dominika. Zaczęli rozmawiać o swoich interesach. Brunet, co chwilę zerkał na jej pełny biust i kuszące usta. Kobiecie najwidoczniej to nie przeszkadzało, kiedy się śmiała odrzucała delikatni głowę do tyłu wypinając przy tym piersi w stronę gangstera lub pochylała się w jego stronę kładąc dłoń na jego udzie. Pożądanie rosło w nim z każdą sekundą. Czuł jak po każdym jej wypowiedzianym słowie lub śmiechu sztywnieje w kroczu. Była tak niesamowicie piękna i pociągająca, że nie mógł oderwać od nie wzroku. Kiedy skończyli butelkę szampana oboje czuli się lekko pijani. Dominik odstawił puste kieliszki na stolik i położył dłoń na nagim udzie kobiety. Sandra cicho jęknęła i delikatnie rozsunęła nogi. Nie mógł już dłużej wytrzymać. Wsunął dłoń głębiej aż napotkał aksamitne w dotyku majtki.
  -Oboje wiemy, po co się dzisiaj spotkaliśmy, więc nie każ mi dłużej czekać Dominiku – wyszeptała mu do ucha. Nie musiała mu dwa razy powtarzać.


>>>
Znów nawaliłam z czasem. Ale za to rozdział trochę dłuższy niż wcześniejsze :)



*Justyna Steczkowska- Wracam do domu

piątek, 7 marca 2014

4.

   

             Postanowiłam zadedykować ten rozdział :)
  Więc dedykacja jest dla Gatito :) Jako jedyna wciąż jest ze mną, mimo, że uciekłam z dwóch blogów i zaniedbałam cała blogosferę.
   Dziękuje kochana! :) (Wciąż czekam na coś u Ciebie :) )

   Miłego czytania :)




   Eliza ocknęła się z ogromnym bólem głowy. Dopiero po chwili dotarło do niej co tak naprawdę się wydarzyło. Ledwo mogła zobaczyć cokolwiek, może przez półmrok panujący w pomieszczeniu a może przez uciążliwy ból, który pulsował w jej głowie. Musiało minąć sporo czasu zanim odzyskała ostrość widzenia. A jednak jeszcze żyję – przeszło jej przez myśl. Przez zasłonięte okno, małym strumieniem do pomieszczenia wdzierało się światło. Osiemnastolatka próbowała wstać, ale kiedy tylko lekko podniosła się z łóżka, zakręciło się jej w głowie. Ponownie usiadła na jego brzegu, opierając dłonie na kolanach. Po paru minut znów podjęła próbę wstania. Tym razem zawroty głowy nie nastąpiły. Eliza chwiejnym krokiem podeszła do okna i odsłoniła żaluzję. Ostre światło poraziło ją w oczy a ból w głowie nasilił się dwukrotnie. Szybko zasłoniła z powrotem okno, ale nie do końca. Zostawiła lekko uchylone żaluzję, aby mogła dobrze dostrzec gdzie się znajduje. Pomieszczenie było niewielkie, stało w nim tylko łóżko i mała toaletka z lustrem. Dziewczyna od razu do niej podeszła. Kiedy zobaczyła swoje odbicie, nie mogła poznać osoby znajdującej się po drugiej stronie lustra. Poplątane włosy opadały na jej ramiona. Lewy policzek był bordowy i spuchnięty, uniosła dłoń do góry i delikatnie dotknęła obolałe miejsce. Od razu przypomniała sobie silną dłoń mężczyzny zaciskającą się na jej rękach, a potem mocny cios, po którym już nic nie pamiętała. Podwinęła rękawy cienkiej koszuli, na przedramieniu widniały zaczerwienione ślady po palcach oprawcy. Do jej głowy zaczęły się wdzierać przerażające obrazy, Marcin w kałuży krwi, odgłos strzału a na końcu On, mężczyzna z tatuażem na ręku i pistoletem w dłoni. Ciałem dziewczyny zaczęły wstrząsać nieprzyjemne dreszcze a po policzkach strumieniem spływały łzy. Eliza wróciła na łóżko i skuliła się w kłębek.
   -Dlaczego to mnie spotykają takie rzeczy? Co jest ze mną nie tak? Boże… - dziewczyna szeptała, dławiąc się płaczem. Jej szloch przerwały ciężkie kroki za drzwiami. Dziewczyna wstrzymała oddech. Jej serce przybrało coraz szybszych i silniejszych ruchów. Nie musiała przykładać dłoni do lewej piersi, aby czuć jak głośno bije. Ku jej zaskoczeniu drzwi otworzyły się powoli, czego się nie spodziewała. Była pewna, że zaraz do pokoju wpadnie jeden z tych mięśniaków i wyceluję w nią lufę swojego pistoletu. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Do pokoju wszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Dopiero, kiedy podszedł bliżej rozpoznała w nim tego, który ją uderzył. Eliza szybko usiadła i odsunęła się w drugi koniec łóżka.
   -Powinnaś coś zjeść – rzucił obojętnie. Dopiero wtedy zobaczyła tacę z jedzeniem i butelkę wody, którą postawił na toaletce. Odprowadziła go wzrokiem do drzwi. Mężczyzna odwrócił się jeszcze w jej stronę i spojrzał na jej spuchnięty policzek.
   -Przyniosę Ci trochę lodu. – Tym razem drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Eliza przez ten czas w ogóle nie myślała o jedzeniu. Dopiero teraz, kiedy miała przed sobą talerz z kilkoma kanapkami, poczuła jak jej żołądek skręca się i wydaje z siebie głośne burczenie. Nie czekając dłużej sięgnęła po tacę, która stała na toaletce i łapczywie pochłaniała kanapki.

.

   -Zabić, nie zabić, zabić, nie zabić… - Dominik od paru godzin bił się z myślami. Co chwila coś mu podpowiadało Zabij ją, po co Ci taki kłopot. Strzel jej kulkę w głowę i po sprawie. Ale nie był pewien czy to najlepszy sposób. Miał mętlik w głowie i musiał się przyznać przed samym sobą, że nie był w stanie poradzić sobie sam. Przecież nie był jakimś cholernym zabójcą. Miał serce i uczucia.
   Noc nastała nim Dominik się zorientował.  Był tak zamyślony i skupiony na nieznajomej dziewczynie, że nawet nie zorientował się jak szybko mijały godziny. Podszedł do okna i przed dłuższą chwilę wpatrywał się jak Warszawa powoli usypia. Na ulicach pojawiało się coraz mniej jadących w pośpiechu aut,  a piesi całkowicie zniknęli z pola widzenia. Z ostatniego piętra wieżowca, na którym znajdował się apartament Dominika doskonale było widać Pałac Kultury. Mężczyzna zatrzymał na chwilę wzrok na oddalonym zegarze. Wybiła północ. Przetarł dłonią zaspane oczy i wolnych krokiem skierował się w stronę swojej sypialni. W salonie minął siedzącego na kanapie Maxa, przyjaciel machnął mu ręką nie odwracając wzroku od gali boksu, którą właśnie oglądał.  Wszedł powoli po schodach, idąc korytarzem mijał drzwi do łazienki, siłowni, a końcu te, za którymi znajdowała się nieznajoma. Zatrzymał się i po chwili zrobił kilka kroków do tyłu. Przystanął przy samych drzwiach i położył dłoń na klamce. Jego ręka się naprężyła i Dominik po cichu otworzył drzwi. Zajrzał do środka. Drobne ciało dziewczyny zwinięte było w ’kłębek’ i unosiło się szybko w górę i w dół.  Słychać było ciche pociągnięcia nosem i prawie niesłyszalne łkanie. Przez chwilę poczuł wyrzuty sumienia. Zacisnął mocniej drżącą dłoń na klamce, drzwi otworzyły się szerzej wydając z siebie skrzypienie. W pokoju zapanowała cisza. Dominik zaklął w myślach i zaczął cicho wycofywać się z pomieszczenia.
   -Przeszedłeś mnie zabić? Podczas snu? To żałosne – wycedziła drżącym głosem. Po chwili pociągnęła głośno nosem. Mężczyzna wyprostował się i pewnym krokiem wszedł do środka. Zapalił światło. Jej drobne ciało skurczyło się jeszcze bardziej.
  -Nie jestem mordercą – powiedział urażony. Miałby się zakradać po nocy we własnym mieszaniu, aby zabić jakąś gówniarę? Dobre sobie! – Poza tym, po co miałbym to robić po ciemku? Większą frajdę sprawi mi to jak widzę twarz swojej ofiary. – Z jego gardła wydobył się cichy śmiech. Dziewczyna znieruchomiała. Czekał na jakąś odpowiedz, ale kiedy stwierdził, że niczego takie się nie doczeka, odwrócił się na pięcie i podszedł do drzwi. Zgasił światło i jeszcze przez chwile wpatrywał się w zarys jej ciała.
   -Możesz dzisiaj spać spokojnie, nikt Cię nie zabiję. – Wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi. Zanim poszedł do swojej sypialni, jeszcze długą chwilę stał pod drzwiami dziewczyny i nasłuchiwał odgłosów. Ciche szlochanie zamieniło się po chwili w głośny płacz, lecz nie trwał on długo. Kiedy wszystko ucichło i Dominikowi wydało się, że dziewczyna usnęła, poszedł do swojego pokoju. Otworzył barek i nalał sobie szklankę whisky. Wypił ją jednym tchem po czym rzucił się na łóżko.
   Tej nocy Dominik nie spał, nawet minuty. Wypił w samotności jeszcze kilka szklanek whisky rozmyślając o swoim ojcu. Co by zrobił na jego miejscu? Chciał postąpić słusznie i miał nadzieję, że nie pożałuje decyzji jaką podjął.  

  Kiedy jego budzik rozdzwonił się o siódmej rano, uśmiechnął się pod nosem. Mimo, że był zmęczony, cieszył się, że noc dobiegła końca.  Zrzucił z siebie wczorajsze ubranie i poszedł do łazienki. Wszedł pod prysznic i odkręcił zimny strumień. Kiedy pierwsze krople wody uderzyły w jego ciało nie mógł złapać tchu. Przymknął oczy i oparł głowę o zimne płytki. Tego mu było trzeba. Zmęczenie spłynęło z niego razem ze strumieniami wody. Po paru minutach szedł już korytarzem ubrany tylko w spodenki, z mokrych włosów skapywały jeszcze ostatnie krople wody. Zbiegł po schodach wpadając na Maxa.
   -Siema stary – klepnął go dłonią po ramieniu.
  -Widzę humor dzisiaj dopisuję – Max zaśmiał się i ze zdziwieniem popatrzył na przyjaciela. Dominik wzruszył ramionami.
   -Mogę prosić o kawę?
  -Kurwa, a co ja jestem gosposia? – Blondyn posłał mu surowe spojrzenie i bez słowa opuścił pomieszczenie. Mężczyzna zaśmiał się głośno i poszedł do kuchni zrobić sobie kawę. Po chwili wyszedł na taras z kubkiem gorącego napoju. Stanął obok Maxa i szturchnął go łokciem.
   -Co jest? – spytał mrużąc oczy od ostrych promieni słonecznych.
   -Ludzie gadają.
   -Co?
   -No wiesz z tą małą, że nas sypnie i w ogóle. Zrozum. Martwią się. Ja zresztą też.
  -Max przyjacielu. – Położył mu dłoń na ramieniu i dodał: -Jesteś tu po to, aby jej pilnować. Dopóki jej pilnujesz nikt się o niczym nie dowie, a poza tym podjąłem już decyzję.
   -Więc słucham.
   -Nie zabiję jej – rzucił takim tonem jakby mówił o jakiejś zabawce. Kiedy napotkał spojrzenie ochroniarza ciągnął dalej: -Zostanie u mnie i nawet jeśli ma tu zostać do śmierci, zostanie. Przypomniałem sobie wczoraj słowa mojego ojca, wiesz? Pamiętaj synu, nie jesteśmy złymi ludźmi. Handlujemy narkotykami, to prawda. Załatwiamy ludzi, którzy nas oszukają, ale nie zabijamy dla zabawy. Nigdy. – Upił łyk kawy i uśmiechnął się szeroko. Max pokręcił z niedowierzaniem głową, ale uszanował decyzję jaką podjął jego szef. Jego zadaniem jest pilnowanie dziewczyny i na tym postanowił się skupić. 

>>>>>

No i jest po długiej przerwie. Przez kilka tygodni rozdział stanął w połowie i nie miałam kompletnie pojęcia jak mam dalej ubrać w słowa to co chciałam, ale w końcu się udało :)
Przepraszam za jakiekolwiek błędy.
Pozdrawiam! :*

poniedziałek, 27 stycznia 2014

3.






    Na twarzy młodego gangstera od rana widniał szeroki uśmiech. Teraz, kiedy już wiedział, gdzie mieszka Rataj wszystko powinno pójść jak po maśle. Planował ten dzień już od wielu miesięcy. Miał zaplanowany każdy ruch, nawet ten najmniejszy. Więc czy coś mogło pójść nie tak? Wątpił. Uniósł na wysokość oczu swój pistolet, przyjrzał się mu dokładnie, po czym wycelował lufę w stronę drzwi. Chwilę później cofną dłoń, wyjął z szuflady naboje i załadował magazynek. Czas leciał niemiłosiernie wolno, jakby celowo chciał go wyprowadzić z równowagi, rozzłościć i zniweczyć jego plany, ale Dominik był twardy i cierpliwie czekał, aż jego ludzie dadzą znać, że można rozpocząć akcje.
   Drzwi do jego gabinetu otworzyły się z impetem. Nie lubił, kiedy jego ludzie tak po prostu wpadają do środka nie racząc nawet zapukać. Już szykował ostrą wypowiedzieć dla Maxa, jednego z jego ochroniarzy a zaraz przyjaciela, ale kiedy usłyszał, że mogą ruszać, że Rataj właśnie wrócił do mieszkania, miejsce złości zastąpiło uczucie podniecenia.
Zerwał się z fotela i włożył pistolet do kabury przymocowanej z prawej strony paska.
  -No to ruszamy – posłał szeroki uśmiech Maxowi. Chwilę później obaj pędzili przez centrum Warszawy. Niebo pokryte było ciemnymi chmurami, które zapowiadały, że niedługo rozpęta się mocna burza. Dochodziła godzina dziewiętnasta i mimo letniej pory roku na dworze zrobiło się ciemno. Od czasu do czasu pioruny i błyskawice rozświetlały czarne niebo. Lepszej pogody na sprzątniecie Rataja, Dominik nie mógł sobie wymarzyć. Mimo, że jego pistolet nie był zbyt głośny, wolał, aby nikt nie usłyszał strzału. W tej chwili już się tym nie przejmował. Był pewien, że burza w znacznym stopniu zagłuszy odgłos wystrzelonej kuli.
Zatrzymali się przed blokiem. Po drugiej stronie ulicy czekali już jego ludzie. Dominik wysiadł z samochodu, zaraz po nim wyskoczył Max, a chwile później dołączyli do niego dwaj pozostali ochroniarze.
   -Pamiętajcie, jeśli coś pójdzie nie tak, macie go dorwać i zabić jak psa. – Jego ludzie pokiwali zgodnie głowami, na koniec Dominik rzucił: - Załatwmy skurwiela.
   Kiedy wchodzili po schodach odgłos ciężkich butów odbijał się echem od ścian. Kiedy znaleźli się na właściwym piętrze, Max zaczął pukać do każdych drzwi, aby sprawdzić czy aby na pewno nikogo nie ma w domu. Mimo, że kilkanaście minut temu zrobili to pozostali ochroniarze, Dominik wolał mieć pewność. Tym razem również nikt nie otwierał, dlatego cała czwórka zwróciła się w stronę właściwych drzwi. Max na rozkaz szefa zakleił wizjer, aby Rataj nie mógł ich zobaczyć. Dominik głośno zapukał, przez chwilę nikt nie otwierał. Mężczyzna nerwowo potupywał nogą. Chciał zakończyć tę sprawę, zastukał ponownie i tym razem drzwi zaczęły się uchylać.

.

   Eliza od kilku dni nie mogła znaleźć pracy, dlatego kolejnego dnia siedziała w domu. Magda i Filip mieli na nocną zmianę, więc wieczór musiała spędzić samotnie. Na nieszczęście na dworze zaczynała się burza i nie zapowiadało się, aby miała szybko się zakończyć. Osiemnastolatka od zawsze bała się głośnych grzmotów i strzelających piorunów, a w dodatku samotnie spędzona noc w niczym jej nie pomagała. Próbowała zagłuszyć je głośną muzyką, ale kiedy na zewnątrz strzelił kolejny piorun wystraszyła się i wyłączyła wszystkie elektryczne urządzenia. Pozostało jej czekać aż burza dobiegnie końca. Opatuliła się kocem i zwinęła w kłębek na łóżku. Zmęczenie dopadło ją nie wiadomo kiedy, po chwili przymknęła oczy i odpłynęła.
   Huk pioruna obudził Elizę. Pół przytomna spojrzała na zegarek, było parę minut po dziewiętnastej. Spała zaledwie dwadzieścia minut a wydawało jej się, że przespała dobrych parę godzin. Przetarła dłonią zaspane oczy i ziewnęła. Po chwili usłyszała pukanie do drzwi, nie miała siły, aby wstać, ale kiedy łomot się powtórzył, powoli zgramoliła się z łóżka. Leniwie podeszła do drzwi i spojrzała przez wizjer. Przy drzwiach naprzeciwko stało czterech mięśniaków. Na prawym ramieniu jednego z nich dostrzegła duży tatuaż. Po chwili drzwi sąsiada się uchyliły i wyszedł z nich Marcin, którego poznała wczoraj, kiedy wynosiła śmieci. Mężczyzna z tatuażem bez chwili wahania wyciągnął pistolet i wymierzył prosto w Rataja. Eliza patrzyła jak zahipnotyzowana w to, co się dzieję za drzwiami jej mieszkania i nie mogła w to uwierzyć. Mężczyzna nacisnął spust, na klatce schodowej rozległ się cichy strzał a Marcin upadł na podłogę. Dziewczyna usłyszała głośny krzyk i dopiero po chwili zorientowała się, że wydobywa się właśnie z jej ust. Szybko zakryła je dłonią, ale było już za późno. Cztery pary oczu wpatrzone były w drzwi, za którymi stała. Mężczyźni zaczęli się kłócić. Eliza na drżących nogach zaczęła cofać się do tyłu, dopóki nie dotknęła plecami ściany. Na jej policzkach pojawiły się łzy. Ręce jej się trzęsły a do drzwi ponownie ktoś zapukał. Nie miała wątpliwości, kto to taki. Serce waliło jej jak młot, wiedziała, że zaraz czeka ją to samo, co biednego Marcina. Nagle drzwi wyleciały z futryny a Eliza z przerażeniem w oczach patrzyła na zbliżających się mężczyzn. Chciała krzyczeć, ale głos uwiązł jej w gardle. Miedzy ich dużymi ciałami dostrzegła leżącego Marcina w kałuży krwi. Jeden z nich podszedł do niej, chwycił ją za ramiona, a ona nawet nie mogła się ruszyć. Jej ciało było tak sztywne, że nie mogła poruszyć nawet ręką. Jednak, kiedy zobaczyła w ręku jednego z nich pistolet, zaczęła się szarpać. Wiedziała, że nie ma szans, bo mężczyzna, który ją trzymał był trzy razy taki jak ona. Max uniósł rękę do góry i z całej siły uderzył dziewczynę. Eliza zatoczyła się i po chwili upadła nieprzytomna na podłogę.
   -Cholera, do samochodu z nią. Zmywamy się. – Dominik wyszedł z obcego mieszkania. Przystaną nad Marcinem: - Adam i Janek posprzątajcie tu, ale szybko. – Zbiegł po schodach a za nim Max niosąc na rekach dziewczynę.
   Kiedy Dominik usiadł za kierownicą swojego auta dopiero wtedy dotarło do niego to, co się stało. Zemścił się za swojego ojca, ale za to nabawił się kolejnego problemu. Co miał począć ze świadkiem zabójstwa? W lusterku wstecznym dostrzegł jak Max wrzuca dziewczynę na tylne siedzenie i związuje jej ręce i nogi. Po chwili wsiadł na miejsce pasażera.
   -Trzeba się jej pozbyć – powiedział stanowczo Max.
   -Sam nie wiem.
   -Dominik, musimy ją zabić, wiesz, że nie ma innego wyjścia. Jeśli zacznie sypać, będziemy skończeni. Wszyscy.
   -Póki, co dziewczyna jest w naszych rekach, więc nie będzie miała, komu sypać. Zresztą Max, ja nie zabijam niewinnych ludzi – odparł obojętnie, ale w głębi duszy wiedział, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Odpalił samochód i ruszył z piskiem opon.


>>>>>>>>

3 krótka niestety, ale mam nadzieje, że za to nie najgorsza :)



 

czwartek, 2 stycznia 2014

2.

  


   Szła szybkim krokiem. Była zmęczona, zła i głodna. Nie sądziła, że szukanie pracy może być tak trudne i męczące. Próbowała wszędzie, jako kelnerka, sprzątaczka, kasjerka. Wszędzie szukali osoby z doświadczeniem a Eliza niestety nie posiadała żadnego. Musiała coś znaleźć. Oszczędności jakie zgromadziła do tej pory były niewielkie.
Zatrzymała się przed małą knajpką z hot-dogami. Kiedy weszła do środka od razu poczuła typowy dla takich miejsc zapach. Złożyła zamówienie i odeszła parę kroków od lady. Miejsce było zatłoczone, zapewne głównie z powodu pory obiadowej. Mimo, że było mnóstwo ludzi nie musiała długo czekać na swoje zamówienie. Odebrała hot-doga i szybko odwróciła się z zamiarem opuszczenia lokalu, niechcący potrąciła jakiegoś mężczyznę.
-Przepraszam- wymamrotała i w pośpiechu wyszła słysząc za sobą głośne przekleństwa kierowane w jej stronę. Lato rozpoczęło się już na dobre, a temperatura przekraczała dwadzieścia pięć stopni. Konsumując zakupioną kanapkę Eliza skierowała się w stronę parku. Potrzebowała kilku minut odpoczynku. Od rana jeździła po Warszawie, już teraz miała wrażenie jakby w jej stopy wbijano gwoździe a miała przed sobą jeszcze dużo chodzenia. Żałowała, że nie zaczęła szukać pracy w trakcie pisania matur. Może teraz zarabiałaby już jakieś pieniądze i nie musiałaby siedzieć na głowie przyjaciołom. Opadła bez sił na wolną ławkę i przymknęła oczy. Słońce przyjemnie ogrzewało jej twarz, uśmiechnęła się mimowolnie. Uwielbiała tę porę roku. Zawsze marzyła aby mieszkać w kraju gdzie ciepłe słońce nigdy nie znika, a śnieg jest tylko mitem. Jej piękne marzenia o słonecznej plaży przerwał znajomy męski głos. Głos którego pragnęła więcej nie słyszeć. Gdy tylko otworzyła oczy, ujrzała biegnącego w jej stronę chłopaka, który co chwila wykrzykiwał jej imię. Gwałtownie zerwała się z ławki i szybko zaczęła iść w przeciwnym kierunku.
-Hej! Elizka! Poczekaj!- coraz głośniej słyszała wołanie. Mocno zacisnęła ze złości dłonie i jeszcze bardziej przyspieszyła kroku. Mocne szarpnięcie za rękę zatrzymało ją a kiedy się odwróciła zobaczyła stojącego tuż za nią chłopaka, który bardzo szybko oddychał z trudem łapiąc powietrze.
-Unikasz… mnie?- zapytał trzymając się za klatkę piersiową.
-Czego nie zrozumiałeś kiedy mówiłam, że nie chcę Cie więcej oglądać?
-Elizka proszę, kocham Cię no- zrobił krok do przodu i dotknął jej policzka- nigdy nie przestałem Cię kochać.
-Zostaw mnie Karol- odtrąciła jego rękę, mimo to na policzku wciąż czuła ciepło jego dłoni. Odwróciła się na pięcie i zamknęła załzawione oczy. Nie zrobiła jednak żadnego kroku, stała tuż przed nim, sama nie wiedząc na co czeka. Nogi jakby wrosły jej w ziemię. Pragnęła znaleźć się daleko stąd, jak najdalej od chłopaka, który zniszczył jej życie, przez którego jej serce rozpadło się na kawałki.
-Skarbie- wyszeptał jej prosto do ucha, kładąc dłonie na jej ramionach. Jej ciało przeszył dreszcz, uczucie jakiego już nie pamiętała.
-Byłam gotowa zrobić dla Ciebie wszystko, naprawdę wszystko, a Ty tak po prostu się mnie wyrzekłeś- wyszeptała.
-Nie wyrzekłem się Ciebie, jak możesz tak mówić?
-Jak mogę? Do jasnej cholery wstydziłeś się mnie, okłamałeś rodziców, przecież to nie moja wina, że jestem sierotą! Jak mogłeś powiedzieć, że wstydzisz się tego kim jestem?- gwałtownie odwróciła się do niego przodem. Jej twarz była czerwona ze złości i od płaczu.
-Nie wiedziałem co robić, rodzice oczekiwali, że…- urwał patrząc na nią ze smutkiem.
-Że Twoja wybranka będzie dziedziczką z dobrego domu a nie takim wyrzutkiem jak ja- dokończyła za niego. Milczał. Było dla niej jasne, że dokładnie to chciał powiedzieć- Daj mi w końcu święty spokój i znajdź sobie jakąś pustą blondi, która spełni oczekiwania Twoich cudownych rodziców- powiedziała a raczej wysyczała jednych tchem poczym odwróciła się i odeszła z dumnie uniesioną głową. Więcej nie prosił, nie wołał, tylko stał w milczeniu i patrzył jak kobieta, którą kocha odchodzi na zawsze z jego życia.
Eliza biegła wycierając dłonią łzy, które strumieniem spływały po zaczerwienionych policzkach. Chciałaby aby ten dzień nigdy się nie wydarzył, albo po prostu wystarczyłoby aby ktoś wymazał ten dzień z jej pamięci.

.

   Mimo wysokiej temperatury jego ciało okryte było bluzą a głowa szerokim czarnym kapturem. Nie mógł pozwolić sobie na to, aby ktoś go poznał. Szedł za wysokim mężczyzną w bezpiecznej odległości. Jego ludzie już raz go zgubili, a on chciał jak najszybciej zakończyć sprawę. Pragnął zemsty, bolesnej dla zabójcy jego ojca. Mężczyzna wszedł do obskurnego lokalu z hot-dogami. Dominik postanowił poczekać. Ku jego zaskoczeniu, chwilę później z knajpy wybiegła młoda dziewczyna a za nią jego ofiara. Marcin Rataj.
-Cholerna gówniara! – krzyczał za nią wycierając sos z koszulki- jasna kurwa!- wyrzucił brudną chusteczkę do kosza i szybkim krokiem skierował się w stronę Dominika. Ten szybko oparł się o ścianę jednego z budynków i wyciągnął z kieszeni paczkę fajek. Odpalił papierosa nie podnosząc spuszczonej głowy. Kiedy Marcin minął go wciąż rzucając przekleństwami, od razu ruszył za nim. Minęli kilka przecznic, Dominik wciąż trzymał się w bezpiecznej odległości. Nie znał tej części Warszawy, a był już prawie w każdej, nawet najbardziej cuchnącej dziurze w tym  mieście.

Marcin Rataj zatrzymał się przed wejściem do klatki schodowej, zaniedbanego bloku. Nerwowo macał swoje kieszenie nie mogąc znaleźć kluczy. Dominik korzystając z okazji przyspieszył aby znaleźć się jak najbliżej niego. Stał po drugiej stronie ulic, dlatego nie był wstanie dojrzeć cyfr które wystukał na domofonie Marcin.
-Cholera- zaklął pod nosem i wyciągnął telefon. Wybrał ostatnio używany numer.
-Tak szefie?- usłyszał po drugiej stornie.
-Mam skurwiela- powiedział i podał adres ulicy na której się znajdował.
Czekając na swoich ludzi cały czas obserwował drzwi za którymi zniknął mężczyzna. Nikt nie wchodził i nikt nie wychodził z bloku. Musiał przyznać, że Rataj dobrze się ukrył. Nigdy by nie pomyślał, że może się chować w takim miejscu. Dominik nie musiał wchodzić do środka aby wiedzieć, że blok zamieszkały jest przez najniższą klasę. Nie wykluczał, że na klatce schodowej spali czasami bezdomni. Skrzywił się na samą myśl, że będzie musiał tam wejść. Z drugiej strony takie otoczenie było doskonałe. Nikt nie przejmie głośnych hukiem strzału. Kąciki jego ust uniosły się znacznie do góry, kiedy tylko pomyślał o kulce wpakowanej proso w głowę Marcina Rataja. 
-Już niedługo Ty pieprzony sukinsynie- zaśmiał się głośno. Chwilę później pod blok pojechało czarne audi. Wysiadło z niego dwóch mięśniaków.
-Macie dowiedzieć się, w którym mieszkaniu mieszka. Nie chce żadnych świadków, jasne! Macie być dyskretni. Jesteśmy w kontakcie.- Kiedy mężczyźni przytaknęli wsiadł do samochodu i odjechał. Powoli zaczynał czuć wspaniałe uczucie satysfakcji. Wyobrażał sobie minę tego dupka, kiedy go zobaczy.

-Jutrzejszy dzień będzie wspaniały ojcze- powiedział unosząc głowę do góry- Wspaniały dla mnie i dla Ciebie.


> > > > > > >
SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

Jeśli chcecie być powiadamiani proszę o pozostawienie komentarza w zakładce POWIADOMIENIA lub dodajcie bloga do obserwowanych.
Mam nadzieję, że nie zanudziłam :)

Pozdrawiam Sove.